Promocje, akcje, konkursy, zabawy oraz inna szczególna działalność którą wspieramy.
Regulamin forum
Jest to specjalne forum przeznaczone do fajnych akcji, dzięki którym można promować różne konkursy, produkty, wydarzenia, spotkania, działania i wiele więcej. Wszystko po to by promować alkoholowe wyroby domowe.

Jeśli chcesz zaproponować coś ciekawego to pisz do nas, zapraszamy!

W_TG
550
Posty: 587
Rejestracja: piątek, 27 gru 2013, 23:54
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: W_TG » środa, 27 lis 2019, 09:29

Już wiem co sobie pomyślicie. "stary a głupi".
Nadzieja w tym ze ta moja przygoda będzie przestrogą.

Maszynka już wystartowała i zaczynam odbiór z OVM
Otwieram zawór kulowy a tam przy dźwigni coś mi pociekło.
Sam zawór jakby luźno się otwiera tak jakby na teflonie nie trzymało.
Kilka ruchów zamknij otwórz ….. zamknij otwórz a klamka wciąż luźna i przy każdym otwarciu na trzpieniu jest chwilowy wyciek kilku kropli.
Biorę na palec, oblizuję, spiryt!!
Nagrzeje się to spuchnie i się uszczelni, myślę.
Już jakiś czs odbiór idzie do plastikowej butelki w celu przepłukania chłodnicy a ja obwąchuje zawór.
Niby czuć alkoholem, ale czy na pewno??? Na dwoje babka wróżyła.
Zapalam papierosa i bezmyślnie wpatruję się w zawór.
Nagle prosty sposób na sprawdzenie czy przepuszcza zaświtał mi we łbie.
Przykładam zapalniczkę do zaworu. Jak uchodzi to błyśnie płomieniem myślę.
PSTRYK zapalniczką. Płomyka nie zauważyłem, Za to był gwizd i lekkie dupnięcie.
Płomień, przez trzpień zaworu, cofnął się do chłodnicy i kolumny.
Z gwizdem podpalił się w chłodnicy i podpalił na moment spirytus w butelce.
Wysoka temperatura pomarszczyła ją skutecznie. Na szczęście wylot z chłodnicy jest dosyć długi, a butelka była na niego głęboko osadzona.
W innym przypadku butelka mogła się przewrócić i zawarte tam 100 może 150 ml poszło by mi na nogi dając piękną błękitną aurę.
Wtedy to bym się dopiero zdziwił.
Alkohol nikomu nie rozwiązał problemów.
Ale wielu pomógł o nich zapomnieć.


dostawa 5zł
Rabaty dla użytkowników forum AD w sklepie po podaniu loginu z forum!

W_TG
550
Posty: 587
Rejestracja: piątek, 27 gru 2013, 23:54
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: W_TG » czwartek, 28 lis 2019, 08:45

To nie moja osobista przygoda, ale ze mną w tle.
Swego czasu lubiłem sobie zrobić domowe pseudo Karmi
Przepis banalny. Butelka PET kilka łyżeczek kawy Inki, kilka łyżeczek cukru, odrobinka drożdży i wody do pełna.
Doba w ciepłym i do lodówki. I mamy gazowany napój Karmi podobny.
Któregoś razu mój nastoletni syn przypomniał sobie o tym moim wynalazku i zapytał jak to robiłem.
Zgodnie z moją recepturą zrobił sobie dwie butelki. I postawił w ciepłym, zimą na rurce od kaloryfera, tuż obok łózka za firanką i zapomniał.
Dalszego efektu chyba się spodziewacie.
Po 2 lub 3 dniach, w nocy, rozpirzyło tuż za jego głową jedną flachę i zrobiło mu nocny dyngus śmigus.
Jego reakcję sami sobie wyobraźcie. Głęboki sen- ciemna noc i nagle huk i prysznic :odlot:
Alkohol nikomu nie rozwiązał problemów.
Ale wielu pomógł o nich zapomnieć.


przemeq.polak
20
Posty: 20
Rejestracja: poniedziałek, 22 sie 2016, 18:08
Krótko o sobie: Jestem fajnym człowiekiem:)
Status Alkoholowy: Specjalista ds. Wyrobu Alkoholu Domowego
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: przemeq.polak » piątek, 29 lis 2019, 22:47

Uczyniłem kiedyś wino. Z wiśni. Pyszne, ale mocno wytrawne. Stwierdziłem, że zasiarkuję porządnie i leciutko posłodzę. Kilka dni w balonie, test wspólnie z żoną - nie pracuje, do butelek. Po paru miesiącach (i kilku butelkach wypitych i paru rozdanych) rano się budzę pewnej soboty, a, koło komórki czuć winem. Myślę sobie, tak mocno jedziemy z nowym nastawem... masakra. Trochę później patrzę, na podłodze mokra czerwona plama wyziera spod drzwi...

Oczywiście ściany do dziś mają sine plamy, regał na wino musiał zostać wybejcowany na ciemno itd. Szczęśliwie rozerwało ze dwie butelki, reszta trafiła z powrotem do balona na dojście do siebie i uspokojenie. Ale takie smaczne już nie jest.

I druga puenta. Po południu żona mówi, komu myśmy to dali - trzeba dzwonić, ostrzec; niech chociaż do lodówki wsadzą. No i dzwonię do brata. Świeżo po remoncie, nowe mieszkanie, pierwsze święta z narzeczoną na swoim za pasem. Odbiera, mówię mu co i jak, że uważać... A to sobota była, jak wspomniałem... Wysłuchał mnie że zrozumieniem... I poinformował w niezbyt kulturalny sposób, że spóźniłem się jakąś dobę i ma k..a kuchnie do malowania.

Wystrzałowe święta :)

Wysłane z mojego moto g(6) plus przy użyciu Tapatalka
Ostatnio zmieniony sobota, 30 lis 2019, 06:03 przez inblue, łącznie zmieniany 1 raz.


Robert09
100
Posty: 114
Rejestracja: piątek, 21 wrz 2018, 10:39
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: Robert09 » niedziela, 1 gru 2019, 10:36

przemeq.polak pisze:Uczyniłem kiedyś wino. Z wiśni. Pyszne, ale mocno wytrawne. Stwierdziłem, że zasiarkuję porządnie i leciutko posłodzę. Kilka dni w balonie, test wspólnie z żoną - nie pracuje, do butelek.


A ile czasu upłynęło od początku / od nastawienia/ do momentu rozlewania w butelki?


W_TG
550
Posty: 587
Rejestracja: piątek, 27 gru 2013, 23:54
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: W_TG » poniedziałek, 2 gru 2019, 08:57

Tak mi się przypomniały pewne wypieki z początku lat 70.
Nie wiem z jakiej to okazji mój ojciec stwierdził ze z dziećmi, ja lat 12-13, młodszy brat i siostra, upieczemy ciasto.
Przepis był bodajże z Przekroju na ciasto pomarańczowo-bakaliowe.
Po pomarańczach sądzie był to okres krótko przed wigilijny
A był z niego taki kucharz że chyba nigdy jajecznicy sam nie zrobił.
Każdemu z nas przypadło jakieś zadanie. Ktoś tam mył i kroił w plastry pomarańcze, ktoś siekał figi.
Komuś przypadło odważenie i przesianie mąki itd, itp. ….itd.
Cała kuchnia była przez nas zajęta i rozgardiasz na całego. A ojciec pełnił funkcję organizacyjno-nadzorczo-instruktarzową.
Pamiętam ze parę razy mama się wtrąciła że coś tam nie tak robimy i że to się nie uda.
Ojciec twardo kwitował że tak jest w przepisie i tak należy !.
Finalnie duża tortownica została wyklejona ze wszystkich stron ciastem a w środek trafił przekładaniec z plastrów pomarańczy bakalii i przypraw.
Całość trafiła do piekarnika.
Po jakim czsie dom wypełnił sie pięknym zapachem pomarańczy i przypraw.
My skupieni przy piekarniku wpatrywaliśmy sie w piekące się ciasto czekając finału.
Po wyjęciu i ostudzeniu widok i zapach był boski.
Na wierzchu piękne skarmelizowane plastry pomarańczy.
Gorzej było poniżej.
Ciasto pod wpływem soku z pomarańczy zamieniło się w zakalcowatą gliniastą maź.
Ojciec widząc to powiedział do nas.
"Dzieci jedzcie tylko owoce ! bo od ciasta się rozchorujecie !"
"Ciasto" było wyśmienite.
Zżarliśmy wszystko łyżkami wyjadając bezpośrednio z tortownicy.
Nie rozchorowaliśmy się.
I powiem Wam że od tego czasu minęło jakieś 45 lat, często wspominam tą historię i chętnie zjadł bym jeszcze raz kawałek tego ciasta.
Ostatnio zmieniony poniedziałek, 2 gru 2019, 09:07 przez W_TG, łącznie zmieniany 1 raz.
Alkohol nikomu nie rozwiązał problemów.
Ale wielu pomógł o nich zapomnieć.


Robert09
100
Posty: 114
Rejestracja: piątek, 21 wrz 2018, 10:39
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: Robert09 » poniedziałek, 2 gru 2019, 15:50

[quote="
często wspominam tą historię i chętnie zjadł bym jeszcze raz kawałek tego ciasta.[/quote]

Ja mam podobne /smakowe/ wspomnienia. Bida była w chacie aż piszczało. Ale czasem mama zrobiła nam jakieś ciasto na święta. Było to zwykłe ciasto typu babka piaskowa z "prodziża". Dzisiaj podobne można upiec czy kupić, może nawet lepsze. Ale smak tamtego jest niezapomniany. Myślę jednak, że to smaki z dzieciństwa. Wtedy wszystko było inne, nawet grzechy czy psocenie :D

Miałem kiedyś dzień wolny od pracy i żona zasugerowała, abym ugotował zupę grochową. OK, więc jak kazała tak zrobiłem. Wszystko było- żeberko, kiełbaska, czosneczek, majeranek, groch cały /niełuskany/... zgodnie ze sztuką. Ugotowałem, sam nie jadłem. Żona przyszła z pracy i podałem jej talerz z zupą. Słyszę jakieś gromy, joby lecą.... Co się stało? -pytam. :? " pójdę z tym talerzem zaraz do sklepu i wyleję im to na łby..!! Wszystko miękkie tylko groch twardy jak kamień !!! " Spróbowałem, faktycznie twardy. Ale cicho, nic nie mówię i zaglądam do szafki w kuchni. Okazało się , że obok słoika z grochem stał słoik z popcornem. I mógłbym tak sobie gotować długo jak te jajka na twardo do miękkości . Ale przyznałem się do wpadki dopiero gdy żonie złość przeszła po zjedzeniu kanapek :P

Awatar użytkownika

Autor tematu
JanOkowita
1950
Posty: 1996
Rejestracja: czwartek, 10 lut 2011, 13:56
Krótko o sobie: Parmezan i Ementaler, Duvel i Trappist - to moje nałogi.
Ulubiony Alkohol: Im ciekawszy i starszy tym lepszy.
Status Alkoholowy: Starszy Dziobomocznik
Lokalizacja: PL
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: JanOkowita » sobota, 7 gru 2019, 17:22

Zabawa trwa do 15 grudnia, tak aby upominki rozesłać jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia.
Drożdże Szlacheckie najlepszym przyjacielem człowieka.
Alkohole-domowe.pl

Awatar użytkownika

prolog1975
350
Posty: 381
Rejestracja: środa, 3 sie 2016, 07:38
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: prolog1975 » sobota, 7 gru 2019, 19:51

Wysyłaj swoją pocztą :D :D :D

Awatar użytkownika

Autor tematu
JanOkowita
1950
Posty: 1996
Rejestracja: czwartek, 10 lut 2011, 13:56
Krótko o sobie: Parmezan i Ementaler, Duvel i Trappist - to moje nałogi.
Ulubiony Alkohol: Im ciekawszy i starszy tym lepszy.
Status Alkoholowy: Starszy Dziobomocznik
Lokalizacja: PL
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: JanOkowita » sobota, 7 gru 2019, 19:58

O co chodzi Koledze, bo tępy jestem?
Drożdże Szlacheckie najlepszym przyjacielem człowieka.
Alkohole-domowe.pl

Awatar użytkownika

prolog1975
350
Posty: 381
Rejestracja: środa, 3 sie 2016, 07:38
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: prolog1975 » sobota, 7 gru 2019, 20:33

Z Twoimi przygodami z koszulką. Poczta Polska i Ty bezcenne. Nie przejmuj się ostatnio czekałem na złącze 16 dni
Ostatnio zmieniony sobota, 7 gru 2019, 21:42 przez prolog1975, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika

Autor tematu
JanOkowita
1950
Posty: 1996
Rejestracja: czwartek, 10 lut 2011, 13:56
Krótko o sobie: Parmezan i Ementaler, Duvel i Trappist - to moje nałogi.
Ulubiony Alkohol: Im ciekawszy i starszy tym lepszy.
Status Alkoholowy: Starszy Dziobomocznik
Lokalizacja: PL
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: JanOkowita » niedziela, 8 gru 2019, 09:22

Wysyłka będzie kurierem Inpost, więc nie powinno być źle :)
Drożdże Szlacheckie najlepszym przyjacielem człowieka.
Alkohole-domowe.pl


Zi0mal
10
Posty: 15
Rejestracja: środa, 21 mar 2012, 11:14
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: Zi0mal » poniedziałek, 9 gru 2019, 12:00

Więc i ja coś dodam od siebie.

Jako że od kilku lat robię wina z czego akurat jest dostępne żona poprosiła abym nastawił truskawki, tak też zrobiłem. Winko ładnie ruszyło wszystko cacy do czasu aż któregoś dnia wracam rano i podczas rozbierania się słucham czy wino chodzi A tu całkowita cisza, biegnę na górę i moje zdziwienie gdy zobaczyłem jak piana wyszła z rurki i cała podłoga zalana . A po południu krzyk żony że panele zalne. Pierwszy i ostatni raz dałem się namówić na ten owoc. Ale wino było przednie

Wysłane z mojego SM-A505FN przy użyciu Tapatalka


W_TG
550
Posty: 587
Rejestracja: piątek, 27 gru 2013, 23:54
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: W_TG » wtorek, 10 gru 2019, 08:49

Był gdzieś +/- rok 1975 a ja miałem wtedy ok 15 lat. Gdy będąc na koloniach gdzieś w górach po raz pierwszy jadłem pizze.
Nie była to jednak pizza dziś nam znana na cienkim cieście, a coś w rodzaju ciasta drożdżowego 3-4 cm ze standardową górą.
Po powrocie zacząłem wypiekać podobną w domu, z różnymi wariantami farszy na górze.
Wszyscy chętnie ja jedli, zwłaszcza ja i moje młodsze rodzeństwo.
Pewnego razu postanowiłem zrobić pizze nad pizzami.
Nagniotłem ciasta drożdżowego nadusiłem cebuli na górę przygotowałem resztę dodatków i wszystko zapakowałem do prodiża.
Po jakimś czsie zdałem sobie sprawę ze przesadziłem z ilościami.
Ciasto tak wyrosło że uniosło pokrywę z prodiża i zaczęło wyłazić z niego jak lawa z wulkanu.
Wyłażące ciasto zafajdało prodiż i okolice, przypaliło się do dekla i w ogóle zrobiło się nie ciekawie.
I tym fajerwerkiem na długi czas skończyła się moja przygoda z wypiekaniem pizzy.
A właściwie przeszedłem na robienie zapiekanek w prodiżu. Bułka na pół coś na górę i było smacznie i szybko.
Alkohol nikomu nie rozwiązał problemów.
Ale wielu pomógł o nich zapomnieć.

Awatar użytkownika

Dwaid
50
Posty: 60
Rejestracja: czwartek, 29 mar 2018, 13:18
Krótko o sobie: :)
Ulubiony Alkohol: Każdy własnoręcznie wykonany :)
Status Alkoholowy: Bimbrownik
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: Dwaid » środa, 11 gru 2019, 21:17

Od dziecka lubię gotować. Gotował ojciec, gotował dziadek, gotuję i ja.
Z przyjemnością i najczęściej radością dla innych. Najczęściej, bo pomimo tego, że dobrze gotuję, to często-gęsto lubię robić coś niezgodnie z przepisem, przyjmować ogólne zasady tworzenia posiłku/dania, ale sam szczegółowy przepis modyfikować pod własne widzi-mi-się.
Kiedy pierwszy raz podjąłem się zrobienia pierogów(miałem może z 18 lat), przeczytałem przepisy z wszystkich dostępnych książek kucharskich, wybrałem ten najbardziej optymalny i przystąpiłem do dzieła. Na ten pierwszy rzut poszły jagody, które dostałem od babci.
Jedno "ale" mąciło mój spokój podczas przygotowywania ciasta.
"dlaczego ono zawsze jest słone, nawet jeśli pierogi są ze słodkim nadzieniem?"
Nie zastanawiając się zbyt długo posłodziłem ciasto. Do smaku, a co.
Przygotowałem jagody, przesypałem mąką blat w kuchni, rozwałkowałem ciasto, szeroką szklanką wyciąłem kółka i przystąpiłem do lepienia.
Po pierwszych 10 minutach zdziwienie "dlaczego rogi ciasta się nie zlepiają?", "dlaczego farsz przecieka przez ciasto, przecież nie dodawałem wody?" itp., zaczęło ustępować irytacji. Po kolejnych 10 minutach irytacja zaczęła ustępować złości i nienawiści do lepienia pierogów, kolejne 10 minut lepienia było wynikiem mojej oślej upartości, że jak się na coś uwezmę to muszę skończyć.
Skończyłem, ulepiłem. Może i nie wyglądało najlepiej, może kosztowało mnie sporo nerwów, ale za to raz w życiu miałem okazję jeść pierogi ze słodkiego ciasta, z nadzieniem owocowym.
Przez kolejne 10 lat nie lepiłem pierogów.
Na 28 urodziny, na które przyjechało pół rodziny, zarówno z mojej strony, jak i ze strony żony, pomyślałem że czymś ich zaskoczę.
Padło na pierożki chinkali. Odkąd tylko ich spróbowałem w Gruzji, uznałem że jest to smak, który warto odtworzyć i pokazać bliskim. No bo czy może być coś lepszego od pieroga, z którego najpierw wypijamy bulion, a potem go zjadamy?
Przygotowałem wszystko zgodnie z przepisem, nic nie kombinowałem po swojemu(chociaż pokusa była ogromna :D ).
Przystąpiłem do lepienia pierogów, okazało się, że nie potrafię zrobić takich sakiewek.
Impreza się zaczynała, a moje główne danie było w rozsypce i to dosłownie.
Sytuację uratował mój tata, jak się okazało potrafi nieźle lepić pierogi, szybko i sprawnie, gruzińskie "sakiewki" nie były dla niego problemem.
Chinkali wyszły znakomite, takie jak zapamiętałem z podróży, smakowały wszystkim :)
Do lepienia pierogów na pewno wrócę. Pewnie za następne 10 lat, jak już sobie całkowicie zapomnę, że po prostu nie umiem ich robić.


W_TG
550
Posty: 587
Rejestracja: piątek, 27 gru 2013, 23:54
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: W_TG » czwartek, 12 gru 2019, 10:03

Dawidzie, musiałeś pisać o tych chinkali?
Od 10 minut mam ślinotok!!
A tak w nawiązaniu do Gruzji. Byłem 3 lata temu i w tym roku.
Jedzenie pyszne i odpowiada mi w 120%. Niestety ograniczałem sie do potraw powszechnie polecanych.
Naszczęście, zupełnym przypadkiem spacerując po głębokich zadupiach Batumi trafiliśmy na obskurną budkę z piwem gdzie pani dodatkowo robiła jedzenie dla nielicznych miejscowych klientów.
Zaproponowała nam abyśmy coś zjedli. Miała jedynie coś na podobieństwo gołąbków. Bo zbierała zamówienia od miejscowych i przygotowywała to w domu na dzień następny.
Ostatnie 3 dni pobytu stołowaliśmy się jedynie u niej. Obiady i kolacje.
Po prostu prosiliśmy aby zrobiła co uważa i za każdym razem coś innego.
I to były najfajniejsze doznania kulinarne. Ale nie tylko kulinarne. Bo siadała z nami i sporo rozmawialiśmy, pili czacze. Czasem też ktoś sie dosiadł i snuł opowieści ze swojego życia. Fantastyczne trzy dni które zapadły głęboko w pamięć.
Pierwszym razem też mieliśmy fajną przygodę w szałasie pod wodospadem.
Ale o tym może kiedy indziej. Chyba ze chcecie? , to napisze.
Ostatnio zmieniony czwartek, 12 gru 2019, 10:09 przez W_TG, łącznie zmieniany 1 raz.
Alkohol nikomu nie rozwiązał problemów.
Ale wielu pomógł o nich zapomnieć.


Zbyszek T
150
Posty: 152
Rejestracja: sobota, 2 lut 2013, 08:38
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: Zbyszek T » czwartek, 12 gru 2019, 12:50

Przeprowadziliśmy się na wieś. Kupiłem Żonie psa. Jej marzenie – Golden Retriever, rasowy, z rodowodem, tani nie był. Mika (suka) się wabi.
Żona zadowolona.

Jednego wieczoru, jak Mika miała z pół roku – wracamy wieczorem do domu. I na nasze powitanie Mika biegnie po schodach. I się przewróciła, wywinęła ze 3 fikołki po schodzach w dół, koziołki fest, jak w kreskówce. Schodzy długie, pies spadł, podniósł się i tyle.

Idziemy wszyscy do domu. A w domu Mika nie umie chodzić. Stoi na przednich łapach, a tylne leżą i machają bezwładnie w powietrzu. Pies nie chodzi.

Żona panika – Mika złamała kręgosłup. To była sobota. Telefon do weterynarza. Weterynarz na weselu. Nie przyjedzie. Radzi prześwietlenie zrobić. Drugi weterynarz, telefon. Itd. Mija czas.

Myśle, taki drogi pies, taka klapa. I jeszcze sobota zmarnowana, do szpitala z nim muszę jechać?

A z nami Teściowa była. No to ją pytam „Co ten pies cały dzień robił, zdrowy był?”

Teściowa mówi „Zdrowy, wesoły, cały dzień po ogródku biegał i latał, najwięcj przy kompostowniku siedział”

I wtedy załapałem. W ten dzień zlewałem nalewkę ze śliwek. Wiadro śliwek po spirytusie wyrzuciłem na kompostownik…
Mika zeżarła śliwki i tak się nawaliła, że chodzić nie umie…

Po kilku godzinach pies wytrzeźwiał i wszysto wróciło do normy.
Tylko Mikę suszyło mocno..

:D
Ostatnio zmieniony czwartek, 12 gru 2019, 12:51 przez Zbyszek T, łącznie zmieniany 1 raz.

Awatar użytkownika

Autor tematu
JanOkowita
1950
Posty: 1996
Rejestracja: czwartek, 10 lut 2011, 13:56
Krótko o sobie: Parmezan i Ementaler, Duvel i Trappist - to moje nałogi.
Ulubiony Alkohol: Im ciekawszy i starszy tym lepszy.
Status Alkoholowy: Starszy Dziobomocznik
Lokalizacja: PL
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: JanOkowita » czwartek, 12 gru 2019, 14:33

Ha,ha! Też mam Goldena. Ten pies kocha jedzenie, zjada wszystko jak odkurzacz. A z tego widać że i wypić lubi :)
Drożdże Szlacheckie najlepszym przyjacielem człowieka.
Alkohole-domowe.pl


W_TG
550
Posty: 587
Rejestracja: piątek, 27 gru 2013, 23:54
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: W_TG » piątek, 13 gru 2019, 15:22

Zbyszek T pisze:Teściowa mówi „Zdrowy, wesoły, cały dzień po ogródku biegał i latał, najwięcj przy kompostowniku siedział”

Skoro "i latał" to oprócz tych śliwek to chyba też RedBula walnął ;)
Ostatnio zmieniony piątek, 13 gru 2019, 15:23 przez W_TG, łącznie zmieniany 1 raz.
Alkohol nikomu nie rozwiązał problemów.
Ale wielu pomógł o nich zapomnieć.

Awatar użytkownika

Autor tematu
JanOkowita
1950
Posty: 1996
Rejestracja: czwartek, 10 lut 2011, 13:56
Krótko o sobie: Parmezan i Ementaler, Duvel i Trappist - to moje nałogi.
Ulubiony Alkohol: Im ciekawszy i starszy tym lepszy.
Status Alkoholowy: Starszy Dziobomocznik
Lokalizacja: PL
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: JanOkowita » piątek, 13 gru 2019, 17:29

E, teściowa Zbyszka nie kłamała, Goldeny latają, przynajmniej mój lata :)
latajacy-golden.jpg
Nie masz wymaganych uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego posta.
Drożdże Szlacheckie najlepszym przyjacielem człowieka.
Alkohole-domowe.pl


Zbyszek T
150
Posty: 152
Rejestracja: sobota, 2 lut 2013, 08:38
Załączniki
Re: Moje przygody z domowymi wyrobami

Postautor: Zbyszek T » sobota, 14 gru 2019, 07:43

C. D.
Była piękna niedziela. Chyba sierpień.
I siedzimy z dziećmi na ogródku od rana.
I znaleźliśmy małego ptaszka. Taki w wieku, co już ma piórka i uczy się latać, ale jeszcze nie umie. Ptaszek z gatunku nieznanego, ale taki był bardzo kolorowy. Prawie jak mała papużka.

No i córka, Ula, lat wtedy 5, ptaszka jak zobaczyła to się zakochała.

Więc ja, tata, znalazłem wielki kosz. Ptaszek do kosza. Córka cały dzień go nosiła, opiekowała się, karmiła ptaszka. Zachwycona, nakarmi go, odchowa, wypuści...

I nagle, po południu, w pięknym słońcu, ten kolorowy ptaszek - wzbił się w powietrze - fyrr, fyrr, fyrr - poleciał. Daleko nie uleciał, bo nie umiał, ale tak z 5 m przeleciał i wylądował na ziemi. W tym pięknym słońcu. Wszyscy patrzą zachwyceni na ptaszka.

I wtedy Mika (Golder Retriever, lat 1) - poleciała jak na zdjęciu powyżej. W pięciu skokach dopadła do ptaszka. I na oczach wszystkich go zeżarła. Trwało to może 2 sekundy łącznie...
I tylko wszyscy zamarli i nie wiedzieli co powiedzieć...

To w temacie Golder Retriever :D


Wróć do „Akcje Specjalne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości