Terry Deary, a jakże

. Całkiem fajną serię o dawnych ludach napisał. Rzetelnie i z jajem. No i nie był to amerykaniec, a Anglik. Zmylił mnie jego język i wyjątkowo frywolny sposób pisania:).
Żeby nie było - nie twierdzę, że babuniowe niczym się nie różnią od rasowych. Oczywiście uznaję istnienie różnych gatunków, podgatunków i ras (odmian) w obrębie rodzaju S. cerevisiae. Chciałem raczej zwrócić uwagę, że kiedyś ludzie robili chleb (no, może chleb to na zakwasie raczej, ale ogólnie chodzi o wypieki), wino, piwo czy gorzałę bez rozkminiania, co za stworzenia im w tym pomagają. I wychodziło. Oczywiście zdecydowanie częściej niż dziś przytrafiały się porażki, a i produkty końcowe z poszczególnych okresów mogły się znacząco różnić. Wtedy selekcja drożdży była naturalna, regulowana klimatem, pogodą oraz podłożem (np. różnymi odmianami winorośli). Dzisiaj nasza selekcja ogranicza się do wyboru odpowiedniej paczki, niemniej jednak jej zawartość jest efektem wielowiekowego naturalnego i krótkiego, acz intensywnego, sztucznego, świadomego doboru.
O ile cukrówkę robię zwykle na babuniowych (ale robiłem też z bayanusami, a teraz pracują dla mnie fermiole), to do wina czy piwa bym ich chyba nie wrzucił...
A wracając do Azteków, to całkiem możliwe, że pluciem do nastawu nie wprowadzali drożdży, tylko amylazę. Drożdże rzeczywiście mogły "przylecieć z wiatrem"... Nie mam teraz wspomnianej książki, a za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, czy autor pisał o miodzie, czy może kukurydzy. Bo wtedy mówilibyśmy o zacierze, ha!
"Nigdy nie polemizuj z idiotą. On najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a potem pokona siłą własnych argumentów."